Przez życie - Jerzy Antoni Jamiołkowski
 
   Drugie imię Antoni bardzo mi się nie podobało, mimo że zawdzięczam je cudowi. Urodziłem się z wodogłowiem czy podobnym paskudztwem. Mojej babci Bronisławie we śnie objawił się Święty Antoni. Babcię, choć obumarła gdy miałem zaledwie cztery lata, pamiętam jako osobę bardzo stanowczą. Za jej nakazem rodzice powieźli mnie przed jego obraz w kościele w Niewodnicy. Pomogło.


Rodzina po mieczu

Ojciec (z prawej)   Ojciec - Heronim. Jamiołkowscy to herbowa szlachta. Herb Doliwa - trzy czerwone róże na białym pasie rycerskim. Obecnie ze szlachectwem wiąże mnie już chyba tylko niepokorny charakter. Akurat w moim przypadku herb może mieć podwójną interpretację. Róża to symbol socjalistów. Można mnie uznać po trzykroć socjalistą. Tylko jak wyinterpretować dwie trąby nad herbowym hełmem i koroną?.
    Początki Jamiołkowskich na Podlasiu sięgają XVI wieku i związane są wsią Jamiołki.  Nazywali się wówczas również Jamiołki. Jamiołkowskim zostali w XVII wieku. Więcej szczegółów na mojej stronie Korzenie.
   
    W rodzinnych stronach dziadków, pomiędzy Łapami i Sokołami, bywałem jednak rzadkim gościem. Mój dziadek już przed wojną przeniósł się do Wólki pod Juchnowcem, a ojciec zmarł gdy miałem 6 lat.
Jakis wazny zjazd ojca    Ojciec ukończył technikum ogrodniczego w Warszawie - przed wojną i tuż po wojnie znaczyło to bardzo wiele. Był działaczem "Wici", chyba związany był z PSL - em, nie wiem tylko którym. W archiwum rodzinnym są zdjęcia z nierozpoznanych przeze mnie zjazdów.
    Z ojcem kojarzą mi się najbardziej takie zdarzenia, jak prezent w postaci roweru (był to jeden z pierwszych dziecięcych rowerów w Białymstoku, wygrałem na nim też bodaj pierwszy w historii Białegostoku wyścig kolarski dla dzieci, z czego byłem bardzo dumny, bowiem dostałem pierwszy w życiu dyplom), wyjazdy na grzyby pod Żednię i na raki do Tatarowców, choinki nad Astorią. Ojciec był pracownikiem PSS Społem.
    Z rowerem kojarzy mi się pierwsze i jedyne lanie w życiu. Oberwałem od matki sznurem od żelazka, za to, że pożyczyłem go kolegom na cały dzień. W zamian dostałem od nich fajną fajerkę. Pchało się taką wygiętym drutem. Dopiero nocą koledzy zwrócili rower.
Dziadkowie po mieczu    W Wólce o Jamiołkowskich mówili Mazury. Dziadka po ojcu - Jana pamiętam jak przez mgłę. Umarł gdy miałem 6 lat; Babki wcale, bo zmarła przed wojną. Lepiej stryjów, braci ojca. Kazimierz był związany z podziemiem, chroniąc się przed UB uciekł na Ziemie Odzyskane, wrócił do Wólki dopiero po paru latach.
    Franek był pod przez długie lata szefem GS - u w Juchnowcu. Wcześniej siedział za plakat, który nie spodobał się władzy ludowej. Pięknie śpiewał. Babcia Bronka, która też śpiewała w kościelnym chórze zawsze mówiła, że Franek ma najpiękniejszy głos w parafii. A babcia się znała. O mnie od razu powiedziała, że "on to ani mówić ani śpiewać nie będzie umiał". Miała rację, choć śpiewać - przy ogniskowych i biesiadnych okazjach - lubię nad wyraz.
    Stryj Józef uchodził za odszczepieńca, nieudacznika może wariata, pasał wioskowe krowy, grał na bębnach (tak nazywano na wsi perkusję) po weselach i zabawach (pamiętam płaszczatki zbite z desek, na których tańczono). Ale Józef był erudytą, niezwykle dużo czytał i wiedział. W tamtych czasach te zalety były jednak oceniane jako wady i dziwactwo.
    Kolejnego stryja Władka nie poznałem osobiście nigdy. Mechanik pułku lotniczego z Lidy, pracownik zakładów lotniczych w Mielcu, trafił po wrześniu do Anglii. Walczył w bitwie o Anglię jako mechanik jednego z polskich pułków lotniczych (bodaj nocnych bombowców). Potem trafił do Argentyny, a następnie Południowej Afryki. Od stryjenki Zosi, która została w kraju dostawałem fajne znaczki.
    Dopiero po przewrocie październikowym stryjenka wraz z córką Wiesią mogły połączyć się z mężem i ojcem. W taki sposób przybyła mi stryjenka "rasistka", bo stryjostwo zamieszkali w Johannesburgu. Kiedy przyjeżdżała w odwiedziny do Białegostoku cierpliwie tłumaczyła mnie indoktrynowanemu propagandą PRL - u, czym naprawdę jest apartheid.


Rodzina po kądzieli

Moja Matka   Matce zawdzięczam wszystko. Po śmierci ojca wychowywała sama mnie mojego młodszego brata Marka. Maria z Andruków była jedyną córką zamożnego gospodarza z Wólki. Dziadek Tadeusz, jak pamiętam, całe życie dokupywał morgi. Wzięty do carskiego wojska u samej carycy wyprosił zwolnienie. Był pracowity i oszczędny. Pomarańcze kupowane nam na Boże Narodzenie nazywał rozpustą.
Moi dziadkowie po kadzieli     Dziadek przed wojną był sołtysem. Sympatyzował z Witosem. Ponoć sprowadził go na wiec do Juchnowca.
    Dla dziadka najważniejsza była praca. Umarł pięknie. W wieku 86 lat, na Piotra i Pawła, w skwar czerwcowy, poszedł piechotą prawie trzy kilometry do kościoła w Juchnowcu, wyspowiadał, przyjął Komunię, wrócił, położył do łóżka i zmarł.
    Wszyscy czterej synowie byli pracowici. Przed wojną żniwa u "Tadewków" (to od Tadeusza), śmigały, kiedy w dwie fury zwozili zboże.
    Wujek Antek był najstarszy, odziedziczył gospodarstwo i dalej zawzięcie je rozwijał. Podatki, obowiązkowe dostawy, szarwarki nie zmogły chłopskiego przywiązania do ziemi. Chciał ze mnie zrobić rolnika. Na wsi spędzałem całe wakacje, powożąc kosiarką, pasąc krowy (wiem co to czekać z utęsknieniem na zachód słońca i jak smakuje wieczorna zacierka) pomagając w innych pracach polowych.
    Wólka to wieś katolicka ale na pograniczu. Za rowem, w Klewinowie mieszkali w większości prawosławni. W Wólce większość mówiła po "swojemu".
    Wujek kochał konie. W wojsku, w Lidzie, służył przy koniach Jego własne były wypasione i zawsze błyszczące czystością. Nawet w późnej starości, trzymał co najmniej dwa. Miały bajeczny żywot, w polu pracowały bowiem już traktor i inne maszyny. Konie - ku zgorszeniu młodszej części rodziny - służyły bardziej do parady i podwożeniu do kościoła.
    Wujek Wacek był starym kawalerem, pszczelarzem (chciał mnie do tego zachęcić jednak łażące po gołych rękach pszczoły uznałem za wątpliwą przyjemność), sadownikiem, grajkiem po weselach (harmonia na pedały i "skrzypki") oraz.... politykiem. Wujek całe życie przesiedział słuchając, Londynu, Madrytu i Wolnej Europy. Czasem nam się z wujkiem poglądy zgadzały, czasem nie. Przy spotkaniach rodzinnych spierałem się z nim zawzięcie. Wujek w czasie wojny Niemcom nie oddał radia na kryształki. (Groził za to wyrok). Służyło miejscowemu AK.
    Wujek Edek był strażakiem. Ale najbardziej imponował mi tym, że przed wojną był dobrym sportowcem. Startował z dużym powodzeniem we wszystkim co możliwe w strażackim klubie BOSO. Do niego dotąd należy rekord rodziny w biegu na 100 metrów. (11,3 sekundy). Biegał ode mnie szybciej, choć uprawiałem wyczynowo lekkoatletykę. Ten rodzinny rekord długo nie będzie pobity.
    Już na starość wujek Edek stał się lekomanem, posiadł wiedzę niczym lekarz. Niestety zbyt często przy spotkaniach rodzinnych rozmowa schodziła na medycynę. Może dlatego nie lubię korzystać z usług lekarzy. Ale wujek miał jeden lek, który mi pasował. Uważał, że lampka dobrego koniaku po posiłku pomaga. Ze stosowania tej kuracji ja również byłem zadowolony.
    Najmłodszy z braci Wujek Czesiek jak głosi rodzinny przekaz bardzo chciał się uczyć. "Poszedł" w jednego z moich pradziadków, który kupował i czytał namiętnie książki. To po nim, na strychu, gdzie pod dachem wisiał "kumpiak" (wędzona, wysuszona na wiór szynka) w skrzyniach leżały pozostawione przez niego istne białe kruki z XIX wieku. Lecz dziadkowi Tadeuszowi zapał do nauki syna nie był w smak - uważał to za marnowanie czasu.
Slub rodzicow i wujostwa    Wujek Czesiek w nie do końca rozpoznanych przeze mnie okolicznościach trafił do marynarki wojennej. Służył na niszczycielu ORP "Wicher", który został zatopiony w pierwszych dniach września. Wujek trafił do niewoli niemieckiej, na roboty. Tam poznał żonę Krystynę. Po wojnie został na Ziemiach Odzyskanych. Pod Koszalinem najpierw w Biesiakierzu, potem Mielnie był dyrektorem PGR - u. Bardzo dobrym dyrektorem. To wiem od ludzi, którzy nie musieli mi dzieciakowi kłamać, bo jaki by w tym mieli interes. Na jego pogrzeb - był już od wielu lat na emeryturze - przyszło około tysiąca osób
    Politycznie bracia byli podzieleni Antek i Wacek byli przeciwko "komunie" i "kołchozom" - Edek i Czesiek należeli do PZPR.
    Z innych postaci rodziny Andruków słowo należy się braciom dziadka. Zygmunt był felczerem a to oznaczało wielkie poważanie na wsi. Jego córkami są ważne w rodzinie osoby - córki: Helena - zakonnica, która u albertynek przyjęła imię Chryzagona oraz Celina - znany białostocki lekarz.
    Faustyn był zatwardziałym starym kawalerem, jak mawiano "wołocęgą" - włóczykijem. Z tobołkami odwiedzał i koczował u kolejnych członków rodziny. Zostało mu to z lat młodzieńczych, kiedy przemierzył w ten sposób bezmiary Rosji. Był świadkiem rewolucji. Podobno widział i rozmawiał z Leninem. Najstarszy Wincenty pracował jako pisarz u hrabiów Jezierskich w Sobieniach Jeziorach  pod Warszawą; zapoczątkował warszawską gałąź rodziny.
    Spośród dzieci Bronisławy i Tadeusza moja matka była najmłodsza. Uchodziła za dobrą partię. Po śmierci ojca początkowo utrzymywała nas z renty i szycia. Krawiectwa nauczyła się przed wojną. Potem długie lata pracowała w szatni kawiarni "Związkowa".
    Matka była bezmiernie kochająca i opiekuńcza, "nieco" zrzędliwa. Ta opiekuńczość nasiliła się wobec wnuczek, moich córek, które stały się jej oczkiem w głowie. Do mojej żony najpierw podchodziła z dużą rezerwą. Typowy syndrom synowej i teściowej. Z latami znalazły silne porozumienie. Matka Elę nauczyła m.in. dobrze gotować.
    Z nazwiskiem Andruków łączy się ciekawa historia. Pradziadowie nazywali się także  Mogilewscy. Ich stare żelazne nagrobki stoją na juchnowieckim cmentarzu. Po powstaniu styczniowym, w czasie spisu, carscy urzędnicy przechrzcili ich na Andruków. Od imienia ówczesnej głowy rodziny Andrzeja (Andreja) ?
    Czy była to szykana ze strony caratu czy też mój protoplasta był niezbyt rozgarnięty? - trudno dziś dociec. Rozmowa w trakcie spisu mogła być bowiem taka:- Kak tebe zwat? - Andrej. - Piszy Andruk.
    Brat na taką wersją się oburza - kategorycznie twierdzi, że nazwisko zostało zmienione w wyniku carskich represji.
Ale tę anegdotę, w wyniku metrykalnych kwerend, niestety,  obaliłem. Już w XVIII wieku nazwiska Andruk i Mogilewski w zapisach metrykalnych przwijały się zamiennie. Bywało na chrzcie zapisywano Andruk , umierał jako Mogilewski. Ale tylko jeden z potomków Jana - rodzonego brata mojego ( po trzykroć) pradziada Szymona - pozostał (i jego następcy)  Mogilewskim. Reszta została Andrukami. Mimo, że doszedłem z genealogicznymi kwerendami do  XVIII wieku tajemnicy wymienności nazwisk nie potrafię (dotąd)  wyjaśnić.  


Dzieciństwo

Moje pierwsze zdjęcie   Urodziłem się 10 marca 1947 r w Białymstoku
    Białystok mojego dzieciństwa rozciągał się od hal targowych, Siennego Rynku, Młynowej po stadion w Zwierzyńcu i lotnisko Krywlany. Nie bez powodu wymieniam te miejsca.
    Rynki - Sienny, Koński i Rybny, zatłoczone furami z kłębiącym się tłumem ludzi były atrakcją samą w sobie. Już z rana sunęły Mazowiecką fury z pobliskich wiosek. Dialogi towarzyszące targowaniu, zachwalanie towaru (często całymi poetyckimi tekstami), gra w lusterka czy trzy karty - to stanowiło pasjonujące zajęcie dla nas dzieciaków.
    Na stadionie (wtedy mówiło się boisko) w Zwierzyńcu byłem codziennym gościem. Pierwszego dnia pobytu w szkole podstawowej (chodziłem do czerwonej szóstki) już na drugiej lekcji znudzony uciekłem z klasy właśnie na boisko. Kibicowaliśmy tam trenującym piłkarzom i lekkoatletom. Jaka to była frajda odkopnąć piłkę zza bramki. Na sprzęt sportowy nie było nas stać. Aby pograć w tenisa Oskarowi Liedtke, gospodarzowi stadionu, przynosiło się książki (był ich zapamiętałym czytelnikiem); na czas, kiedy zagłębiał się w lekturę kolejnego "tygrysa" dawał rakietę i można było pograć w tenisa. Sprzęt - kulę i dysk "zorganizowaliśmy" sami. Za poprzeczkę służył sznurek.
    Zwierzyniec to także wieża spadochronowa, rozbijane pod nią- zanim nie przeniosły się na Kawaleryjską - cygańskie tabory, górka za cmentarzem, boisko przy kamieniu, grzyby (podbrzeźniaki zbierało się w miejscu gdzie dziś stoi rozgłośnia radiowa).
    Krywlany to już była dalsza wyprawa. Największą atrakcją wcale nie były samoloty, ale pełne tajemnic bunkry. Inną daleką wyprawę odbywaliśmy latem nad staw na Bażantarni.
Z rodzicami    Białystok mojego dzieciństwa to obecne osiedle 1000 - lecia i miasteczko akademickie Politechniki, to moja ulica - Mała. Moje ulice to także: Mazowiecka, Wiejska, Zwierzyniecka, Gęsi Dwór, Morwowa, Smutna, Lubelska. Ulice drewnianych domów z chlewikami, ulice, którymi przeganiano stada krów na wypas na lotnisku. Mój Białystok to dzielnica sadów, łąk i ogrodów.
    To była taka dziwna bardziej wiejska niż miejska część miasta. Prawdziwe miasto zaczynało się w okolicach rynku poczynając od "Cutra" - Młynowa Śledziowa, Piwna, po części Żelazna.
    Mój Białystok to sąsiedzi, dzielnica gdzie wszyscy się znali, przesiadywali przed domem niczym na wsi, wspólnie gościli się (piło się z karafek, a nie butelek), razem chodzili do kina (telewizji jeszcze nie było), najlepiej na "miłośne filmy". My dzieciaki byliśmy pod stałą baczną kontrolą. Pamiętam, że ze strachu przed sąsiadami (każdy miał prawo wytargać za uszy) chodziliśmy do lasu palić papierosy Moje pierwsze w życiu (miałem 6 lat) to "Mewy" palone w towarzystwie jeszcze trzech kolegów, w miejscu gdzie obecnie jest rozgłośnia radiowa na Świerkowej. Wypaliliśmy od razu całą paczkę. Niewiele pamiętam. Zwymiotowałem.
    Białystok mojego dzieciństwa to najbliżsi koledzy. Razem chodziliśmy w arendę na śliwki, jabłka czy gruszki; zjeżdżali z górki na Smutnej lub za cmentarzem wojskowym, czepiali się na łyżwach samochodów samochodów; grali w cynę, "banczek", cymbergaja; strzelali z klucza napełnianego karbidem; obowiązkowo we wrześniu, po wakacjach o puszczali latawce, kibicowali okolicznym hodowcom gołębi.
    To był piękny Białystok, w którym wszyscy byli sobie bliscy, a nawet żulia miała honor. Honor liczył się bardziej niż pieniądze.


Podstawówka

I Komunia   Do szkoły chodziłem na Mazowiecką - do "szóstki". Obok była biała "jedenastka". Zimą walczyliśmy na śnieżki. Chyba w piątej klasie przenieśliśmy się na Wesołą. Była to jedna z pierwszych nowych szkół w mieście. Nam imponowała nowoczesnością, salą gimnastyczną, linoleum zamiast smarowanej jakiś paskudztwem drewnianej podłogi w starej szkole.
Z podstawowka w Krakowie    Moi nauczyciele - kierowniczka Krawczukowa, katechetka Cembrzyńska, Tworkowki od fizyki, muzyki i gimnastyki (walił nas na gimnastyce po głowach kamertonem lub laską), polonistka Pani Kulenko (bezskutecznie usiłowała nauczyć mnie kaligraficznie pisać - pamiętam, że co jakiś czas pisałem po kilkaset razy jakieś zadane zdanie), Pani Kurpiosowa od matematyki (bywałem u niej w domu - imponował mi jej brat żołnierz spod Monte Cassino), Pan Kowalewski (zapoznał nas z historią Jerzego Iwanowa - Szajnowicza, wiele lat wcześniej zanim "Agent numer 1" wszedł na ekrany kin).
    Historia była moim ulubionym przedmiotem. Stopnie miałem różne, raczej dobre; przemęczać się nie lubiłem; należałem do grupy zdolnych, ale leniwych. Mój czas pochłaniał sport oraz książki. Czytałem wszystko zachłannie. Moja obecna - w należytej proporcji poglądy - erudycja to w przeważającej mierze pochodna tamtych czasów.


Ogólniak

Moja klasa z ogolniaka   W 1960 r. zdałem do męskiego ogólniaka na Kościelnej. Wtedy było to I Liceum, teraz VI. Mam kłopoty, której tradycji mam być wierny, stąd dotąd nie zaliczyłem żadnego ze zjazdów absolwenckich w żadnej ze szkół. (Na marginesie - to moja wada ale nie jestem zbyt histo(e)rycznie sentymentalny, a już z pewnością nie lubię organizowanych egzaltacji. Pamięć traktuję jako wartość prywatną, nadto towarzyski nie jestem, szczególnie w wielkich tłumach).
    I ogólniak uchodził za szkołę elitarną, uczyło się tam wiele dzieci znanych białostockich osobistości. Trafiłem do klasy angielskiej a tę uznawano za super elitarną. W pierwszej klasie zróżnicowanie - nazwijmy to klasowe, w sensie najbardziej dosłownym - dało się odczuwać. W następnych - używając odniesień do panującej wówczas doktryny polityczno - filozoficznej - nasza klasa stała się społecznością bezklasową.
    Polityką wówczas się nie interesowałem, choć lektury Gorkiego czy innych socrealistycznych dzieł - nie będę ukrywał - odegrały znaczący wpływ na moje lewicowe później poglądy. Ale bez przesady, czytałem też inne książki, czytałem wszystko.
    Jeśli już mowa o młodzieńczych wyborach politycznych to niekoniecznie - jak czas pokazał - były one trwałe. Z dwóch wówczas deklarujących poglądy komunistyczne kolegów jeden stał się znanym opozycjonistą, komandosem Marca a później znanym wydawcą podziemnych wydawnictw wspierających podziemną białostocką "Solidarność", drugi aktywnie ateizujący obecnie wspiera Ligę Polskich Rodzin. Ja wtedy tylko lekko "różowiałem".
    W ogólniaku byłem zdecydowanym humanistą. Matematyka, chemia czy fizyka to były przedmioty napawające mnie fizycznym wstrętem. Ratowałem się polskim, historią, geografią. Na lekcjach polskiego byłem wybawieniem dla kolegów. Kiwając się przez długie minuty dokonywałem "nowatorskich rozbiorów wierszy", chroniąc innych przed odpowiedzią. Z kolei na historii imponowałem pamięcią dat. Byłem dumny z tych zdolności. Z perspektywy lat oceniam te zalety sceptycznie - te moje "rozprawy" były najpewniej wymądrzaniem się młokosa, a pamięć do liczb to ponoć zaleta idiotów. Teraz pamięć mam już słabą - "znaczy" znormalniałem.
    Humanistyczne zdolności zawdzięczam w dużym stopniu profesorowi Stanisławowi Maciocha - Morawskiemu. Z jego inspiracji założyliśmy bodaj pierwszy w Polsce szkolny Dyskusyjny Klub Filmowy. Naprawdę dobry. Oglądaliśmy świetne filmy. Utworzyliśmy też grupę wspólnie dyskutującą o literaturze, plastyce. Dużo w tym było snobizmu ale "kindersztuba" i przygotowanie do obcowania z kulturą były przednie - w moim przypadku decydujące o całej późniejszej erudycji.
    Dobre oceny z przedmiotów humanistycznych uratowały mnie i dzięki nim zostałem dopuszczony do matury. Przed maturą miałem z matematyki siedem dwój. Najdziwniejsze, że ani razu nie odpowiadałem. Dwóje otrzymywałem a to za zeszyt, a to za brak rozwiązanej pracy domowej. Jak z takich ocen wyciągnięta została średnia trója musi stanowić zagadkę matematyczną.
    Na moje - ale nie tylko moje - kłopoty przed maturą wpływ miała interwencja dyrekcji. Nasz klasa - do spokojnych nie należała - to określenie bardzo delikatne. Naszym zdaniem świetne żarty, takie jak wtoczenie w czasie lekcji beczki po piwie, zasmrodzenie dosłownie na trzy dni klasy, wagary, wyczyny poza szkołą sprawiły, że dyrekcja postanowiła nas rozbić. Większość chłopaków - także mnie - przeniesiono do klasy łacińskiej. Klasa łacińska to były (poza dwoma chłopakami) same dziewczyny.
    Dziewczynom nasze przyjście chyba nawet się podobało - ich matkom i kilku nauczycielkom nie. Jednak akcja po znakiem nie dopuścić chuliganów do dziewczyn, bo je zdeprawują się nie powiodła. I bardzo dobrze.
    Zrodziło się trochę sztubackich miłości. Ale niektóre nauczycielki do końca wykazywały niezadowolenie z takiego obrotu spraw. W przypadku matematyki coś mi się zdaje, że to była główna przyczyna moich kłopotów.
Wygralem Mistrzostwa Okregu    W ogólniaku czynnie zacząłem uprawiać sport. To za sprawa profesora Bronisława Gurzędy. Przede wszystkim lekkoatletykę, trochę koszykówkę. Byłem reprezentantem szkoły, nawet mistrzem okręgu młodzików w biegu przez płotki.. Co prawda były to niskie płotki (200 m), ale co by nie powiedzieć wygrałem z Krzyśkiem Maksymowiczem mistrzem Polski SZS w płotkach wysokich. Był to chyba nawet niezły wynik. W pierwszym biegu w życiu na tym dystansie. Zbigniew Dondziłło (prowadzący w "Gazecie Białostockiej" statystyki sezonu) ten rezultat nawet w tabelach seniorów umieścił wysoko. Tyle, że 200 przez płotki biegało się nawet wtedy sporadycznie.
    We wszystkim (poza rzutami) byłem niezły, w niczym bardzo dobry. W skoku w dal ponad 6 metrów, wzwyż 170 cm, na 200 metrów poniżej 24 sekund; nawet na 1000 metrów nieźle, bo ok. 3 minut. Wystarczyło na reprezentowanie barw szkoły, uświadomiłem sobie jednak szybko, że rekordzistą świata nie zostanę.
    Jeszcze dwa lata przed maturą chciałem pójść na AWF. Kończąc szkołę uznałem, że nie ma sensu. Gorączkowo zacząłem szukać życiowej drogi.


Studia

   Analiza była następująca. Polonistyka czy historia, moje przedmioty ? - pod wpływem dorosłych zacząłem myśleć "racjonalnie". Po ukończeniu każdego z tych kierunków perspektywy materialne rysowały się - tak mówili moi starsi doradcy - marnie. Modna wówczas archeologia śródziemnomorska? - 15 osób na jedno miejsce !. Geologia? - okazało się, że nie rozróżniam dobrze barw (na teście pokonałem tylko jeden obrazek różnobarwnych kulek ukrywających numery). Rolnictwo, leśnictwo? - mimo wiejskich, wakacyjnych praktyk w wujka nie miałem przekonania. Socjologia? - już byłem prawie gotów składać papiery. W końcu trochę losowo wybrałem SGPiS. Nie wierzyłem, że zdam egzamin. Jak mnie matka przekonała żebym pojechał do Warszawy nie pojmuję do dziś ?
    Zdałem bez problemów. Najbardziej zaskoczony byłem tym, że po pisemnym z matematyki byłem zwolniony z ustnego. Mój kompleks tego przedmiotu, nabyty w ogólniaku, został wyleczony.
    Z tekturową walizką po raz pierwszy pojechałem w wielki świat. Pierwszy rok przemieszkałem w akademiku na Madalińskiego, potem już do końca na Jelonkach. Tam się czuło swobodę. Niestety nie zawsze chciało się dojeżdżać na uczelnię. Raz bezmyślnie, bo na rzecz brydża opuściłem wojsko (raz w tygodniu było szkolenie wojskowe), potem przez kilka miesięcy chodziłem w wojskowym mundurze, aby zaliczać zaległości.
    Studiowałem raczej bez zapamiętania. Średnia ocen z indeksu niech pozostanie moją tajemnicą. Poprawiała się zdecydowanie po wrześniowych poprawkach. Mimo to mój promotor pracy magisterskiej namawiał mnie na studia doktoranckie.
    Niektóre przedmioty lubiłem, inne traktowałem na zasadzie, aby zaliczyć. Na drugim roku ta strategia nie wypaliła. Do zaplanowanych z góry dwój z ekonomii politycznej socjalizmu i rachunkowości doszła trzecia - z ekonometrii. Profesor nie sprawdził mojej pracy pisemnej (pozytywna ocena zwalniała z ustnego), musiałem - czego nie planowałem - odpowiadać. Profesor był zażenowany, że pracy nie sprawdził. Moja sytuacja była diametralnie gorsza. Nieprzygotowany na taką alternatywę, bo wiedziałem, że kolega, który miał identyczną pracę pisemną (razem ściągaliśmy) dostał za nią czwórkę oblałem ten ustny sprawdzian ekonometrycznej wiedzy. W wyniku lenistwa profesora powtarzałem rok. Przez ten czas pracowałem na przewrotnie dziwnym z nazwy stanowisku "manipulant" w dziale zaopatrzenia Białostockiego Przedsiębiorstwa Produkcji Leśnej "Las".
    Studiowałem najpierw na wydziale Ekonomiki Produkcji, po repecie zmieniłem go skwapliwie na nowopowstały wydział Polityki Społecznej. Głównie, aby uniknąć kolejnego semestru rachunkowości. Nie pasjonowały mnie intelektualne zmagania z problemami typu jak zaksięgować deski, które przyniosła powódź czy jak rozpisać na kontach sytuację, kiedy w spółdzielni produkcyjnej z dwóch traktorów zrobiono jeden.
    Na Polityce Społecznej byłem nawet w kole naukowym. Tytuł mojej pracy magisterskiej brzmiał - "Zagospodarowanie turystyczne powiatu ustrzyckiego". Wybór był nieprzypadkowy. Na studiach z zapałem chodziłem na rajdy. Głównie upodobałem Biszczady. Skończyłem nawet kurs i przejście (sprawdzian) przewodnickie, ale do egzaminu nie "podszedłem" bowiem w tym czasie wypadły ciekawsze zajęcia. Marzec 1968 roku.
W Bieszczadach
    Pisząc pracę magisterską spędzałem w Bieszczadach całe miesiące, łącząc przyjemne z pożytecznym. W górach byłem doskonały - głównie jako szybkobiegacz. Czasy przejścia podane w przewodniku skracałem nawet trzykrotnie, i to z 25 kilogramowym plecakiem. Mam na koncie takie wyczyny jak przejście jednego dnia (po części nocą) około 100 kilometrowej trasy z Ustrzyk Górnych do Szczawnego. Po co - nie pomnę. (Ale też przekonałem się, że sytuacje ekstremalnie trudne mnie mobilizują. W takich sytuacjach, kiedy inni załamywali się fizycznie i psychicznie ja odżywałem, przejmowałem kierownictwo grupy. Zostało mi to na zawsze. Kierownictwo organizacji w których bywałem z reguły przejmowałem wtedy, kiedy nikt inny nie chciał, albo nie było warto, zbyt dużo można było stracić. W taki sposób zostałem przewodniczącym PPS i Unii Pracy).
Grabarke odkryłem w 1967    Oprócz całych polskich gór (Poza Tatrami - mam lęk wysokości) zwiedziłem jednak również sporo Polski nizinnej. Przykładowo Grabarkę odkryłem już w 1967 roku, a więc wtedy, kiedy nawet wśród prawosławnych mało kto - poza okolicznymi mieszkańcami - o niej słyszał.
    Moja turystyczna kondycja była wynikiem uprawiania wcześniej sportu. Na studiach ponownie do niego na rok wróciłem. Na pierwszym roku zajęcia z wf prowadził specjlista judo stąd liznąłem trochę sztuki walki. Ale do treningów wróciłem za sprawą znakomitego oszczepnika Jana Kopyto, prowadzącego również wf na uczelni. Zrobił sprawdzian na 400 metrów. Wygrałem z przewagą chyba 100 metrów i tak trafiłem do sztafety SGPiS. Biegałem w niej m.in. z Leszkiem Balcerowiczem.
    Reprezentowałem SGPiS także w brydżu, na który poświęcałem zdecydowanie więcej czasu niż na lekkoatletykę. Pozostał moją pasją przez długie lata po studiach. Posiadam nawet tytuł mistrza rejonowego.
    Na studiach czasu nie marnowałem jedynie na naukę. Sporo chodziłem do teatru, kina. Zaczęła mnie wreszcie wciągać polityka. Należałem do ZMS. Dosyć aktywnie. Otarłem się o wielu dziś znanych ludzi z różnych opcji, nawet premierów i ministrów.
    Miałem kontakty z ówczesną opozycją, choć raczej nie sympatyzowałem. Marzec 1968 roku odbierałem jako słuszny, ale wtedy odnosiłem wrażenie, że jestem wmanipulowywany w nie swoją sprawę. Zresztą w kontaktach z ludźmi z kręgów obecnej Unii Wolności, ówczesnymi "komandosami" także w późniejszych latach zawsze czułem się obco. Już wtedy wolałem tradycję polskiego socjalizmu niż jakiekolwik inernacjonalistyczne idee, nawet socjaldemokratyczne. Sympatyzowałem również trochę z trockizmem. Jak z tego widać byłem już człowiekiem Lewicy ale mocno rozwichrzonym.
    Nieskrystalizowane były również moje plany co do przyszłej pracy. Najbardziej fantastyczny pomysł - osiąść w Bieszczadach i hodować owce nie wypalił ponieważ pojawił się inny zbiorowy plan, aby grupą pojechać na którąś z wielkich budów socjalizmu. Idea zrodziła się, kiedy postanowiliśmy w kilku wyjechać w wakacje na Syberię do pracy. Udaliśmy się do radzieckiej ambasady. Sekretarz, który nas przyjął ( choć radzieccy dyplomaci uchodzili za tych co umieją skrywać uczucia), po wysłuchaniu naszej propozycji, miał minę mocno zdziwioną. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Tak jak nic nie wyszło z naszego planu wspólnej wyprawy do pracy w kombinacie miedziowym. Jedynie ja tam pojechałem, inni się wycofali. Później, jeszcze parę razy w życiu byłem w sytuacji, kiedy idzie się  razem i nagle zostaje samemu.
    Trzy miesiące wystarczyły. Pozostawanie samemu wśród obcych, aby jedynie coś tam komuś i sobie udowodnić, nie miało sensu. Wróciłem do Białegostoku, do Fast. Było to w lutym 1970 roku


Praca

   Po krótkim stażu zostałem zastępcą działu planowania. W dziale pracowały same Panie. Fasty polubiłem od razu. Mimo, że pracy było bardzo dużo (często pozostawaliśmy po godzinach), była ona w większości bezsensowna (co i raz robiło się korekty planów i woziło do zjednoczenia w Łodzi) to atmosfera Fast była doskonała. Byłem dumny, że w nich pracuję. Wtedy - co młodym ludziom obecnie uczestniczącym w swoistym wyścigu szczurów może zabrzmieć jak bajka - do pracy szło się z przyjemnością. Nie było obecnej bezwzględnej rywalizacji, a na dodatek Fasty dostarczały szeroką gamę możliwości spędzania czasu wolnego. Oczywiście byłem członkiem PTTK i TKKF. Jeździłem na rajdy i spływy, co rok wczasowałem w Karwicy, który to ośrodek nad Jeziorem Nidzkim był idealnym miejscem realizacji wakacyjnych aspiracji. Woda w środku lasu. Dopiero kiedy dzieci podrosły i się zbuntowały przestaliśmy jeździć do Karwicy, ale były to już późne lata osiemdziesiąte.
    Mniej więcej po roku mojej pracy, w Fastach powstała gazeta zakładowa "Fasty". Redaktorem był Jurek Kwaczyński. Napisałem do jednego z pierwszych nymerów bardzo ambitny artykuł pod nazwą bodaj "Wizja łysego buchaltera". Była to krytyka wszystkiego co mi się nie podobało w pracy zakładu. Oczywiście krytyka konstruktywna, bo tworzyłem swoją wizję, jak być powinno. Tym artykułem nieco zamieszałem, a Jurek zaproponował mi zatrudnienie w redakcji. Propozycję przyjąłem z ochotą. I w taki sposób na blisko 5 lat zostałem dziennikarzem. W gazecie zakładowej pracowałem przez bodaj rok.
    W końcu 1972 trafiłem do "Gazety Współczesnej". Od razu na kierownika działu kontaktów z czytelnikami. Pochlebiam, ale wtedy nauczyłem się rozmawiać z ludźmi, choćby byli "świrami". A statystycznie wśród tych, którzy zwracają się do gazet (i nie tylko) ze swoimi problemami, stanowią oni zdecydowanie wyższy procent niż przeciętna społeczeństwa. Chyba wielu osobom pomogłem osobistym zaangażowaniem. Ze dwie dostały mieszkanie, o co wtedy nie było łatwo. Akurat wtedy problemów z pracą nie było. Będąc kierownikiem pisałem, nawet sporo. Miałem ambicje publicysty. Pisałem długie artykuły, sekretarze redakcji mieli z tym kłopot. W odróżnieniu od ładunku myślowego (raczej niebanalnego) z samą materią dziennikarską, językiem - tak oceniam z perspektywy - radziłem zdecydowanie gorzej. Pisałem zbyt ciężko, za dużo w tym było dygresji, zbyt wiele na raz chciałem przekazać.
    Przeszedłem przez kilka działów. Ekonomiczny, polityczno - społeczny także sportowy. Tam byłem najdłużej. Autokrytycyzm (a jestem - to już serio - bardzo krytyczny wobec siebie i własnych dokonań) ale także coraz więcej zniechęcenia nadmiernym ingerowaniem w teksty powodowało refleksje - czy warto trwać w dziennikarstwie. Nie nikt mnie nie chciał wyrzucać, raczej przeciwnie. Ale jeśli z zamierzonego krytycznego tekstu pod tytułu "Wyrwani spod serca rzuceni w błoto" (to o młodych ludziach z Suwalszczyzny, których zwerbowano na budowę Huty Katowice i wrzucono do baraków; niedawno dowiedziałem się, że był wsród nich Krzysztof Putra) musiał powstać tekst pod optymistycznym tytułem "Huta wielka, że aż strach", albo kiedy sekretarz redakcji kazał mi wykreślić z tekstu o boiskach sportowych słowa "tragiczny stan boisk" - (zbyt defetystyczne) bo akurat ten tekst był publikowany w dniach trwania któregoś z kolejnych plenów PZPR, to doszedłem do wniosku, że nie ma sensu.
    W 1976 wróciłem do "Fast" na stanowisko kierownika działu szkolenia i propagandy. Słowo propaganda, na dzisiejsze normy, może zabrzmieć niemal jak polityczny wyrok.. ale wtedy słowa marketing czy PR nie były w powszechnym użyciu.  Zapewniam -choć inaczej wymawiane  dokładnie tym samym celom służą.
 Po dwóch latach jednak znowu wróciłem do dziennikarstwa stając się sekretarzem redakcji gazety zakładowej "Fasty". Na tym stanowisku w sierpniu 1980 roku zastała mnie rewolucja "Solidarności". Zostałem wybrany na przewodniczącego Komisji Zakładowej Związku. Ale o swoim życiu politycznym piszę w innym miejscu.
    Po internowaniu wróciłem do zawodu ekonomisty. Gazetę "Fasty" zlikwidowano. Nie bardzo mnie chciano (co rozumiem, po co kłopot z facetem podpadniętym politycznie). A był to przecież okres stanu wojennego. Na dzień dobry dyrektor i sekretarz partii powitali mnie kawą i zaproponowali kilka propozycji pracy w innych białostockich zakładach. Był obowiązek zatrudniać internowanych, toteż odwołałem się Sądu Pracy. Do rozprawy nie doszło, dyrekcja sama wycofała się z zamiaru zwolnienia.
    Trafiłem ponownie na zastępcę kierownika działu planowania. Nie zwykłem się skarżyć na trudności, ale w pracy nie było łatwo. Jeśli wszyscy dostawali podwyżki ja jeden nie. Prawdopodobnie chodziło o to, abym sam zrezygnował z pracy w Fastach. Z obecnej, tuż przedemerytalnej perspektywy widać,  jak z poziomu ok. 130 % średniej krajowej wylądowałem na 80%. Co najmniej pięć lat mam wyrzuconych do życiowego kosza.
    Przez lata osiemdziesiąte robiłem za człowieka zadżumionego. Nie, nie w stosunkach ze zwykłymi pracownikami Fast, ale wobec kierownictwa. Trochę ich rozumiem, mieli ze mną (z powodu solidarnościowej przeszłości) dodatkowe kłopoty. Ja w oczywisty sposób nie chciałem im pomóc swoim odejściem z "Fast". Bywały zabawne sytuacje. W konsternację moje kierownictwo wpędził wiceminister B.S (mój kolega ze studiów), który odwiedzając "Fasty", do mnie (przypadkowo spotkanego na korytarzu) pobiegł z  serdecznymi słowy "Cześć !". Nie wiedział, że nie powinien być tak wylewny.  Miny na twarzach dyrekcji i sekretarza PZPR były raczej dziwne.
    Po 1989 roku stałem się znowu "ważny". Na stanowisko kierownika działu marketingu nie trafiłem jednak z tego powodu, a dlatego, że wykłócałem się jak ma wyglądać ten nowy dział. Jak takiś mądry to pokaż.
    Marketingu wtedy uczyli się wszyscy. Czym innym teoria czym innym praktyka w sytuacji zakładu, który niemal w 40% procentach utracił rynek, do nowej sytuacji nie był przygotowany jak wszystkie państwowe molochy. Robiłem co mogłem ale wynik był wiadomy. W takiej sytuacji nawet najlepszy zachodni menadżer by nie podołał. To zresztą wprost powiedział mi jeden z niemieckich kontrahentów. W odróżnieniu od oficjalnych zaklęć ja poznawałem prawdę o polskim rynku w kontaktach z hurtownikami. Prawdę bazarów - Stadionu X - lecia, Tuszyna, a nie gładkie teorie liberałów.
Kolejne wyroznienie dla Fast    Z "Fast", z którymi byłem całe lata związany, postanowiłem odejść, gdy zrozumiałem, że moja wiara w sens zmian, o które walczyłem będąc w "Solidarności", okazała się złudzeniem. W poczuciu życiowej porażki w 1997 roku postanowiłem odejść. Kilka lat wcześniej dokonałem raczej niespotykanego gestu - sam zrezygnowałem z zasiadania w radzie Nadzorczej, do której wybrany byłem przez załogę. Z perspektywy życiowego praktycyzmu w oczywisty sposób - mając w 1989 roku liczne możliwości ustawienia się w życiu - trwanie przy "Fastach" ocenić trzeba jako lata zmarnowane i idiotyzm; ale z perspektywy sentymentalnej "Fasty" znaczą dla mnie bardzo wiele. Tamte "Fasty", których już nie ma.
    Przez rok pracowałem w "Pasmancie"; również jako kierownik działu marketingu. Po raz kolejny trafiłem na zakład przekształcany w ramach Programu Powszechnej Prywatyzacji. "Geniuszy" z poprzedniego NFI zamieniłem na innych. Ci zażądali, aby "Pasmanta" dwukrotnie powiększyła sprzedaż. W okresie, kiedy rynek wschodni i handel bazarowy padały ! Cudotwórcą nie jestem, a idiotą być nie chciałem. Po roku pracy na własne życzenie się zwolniłem.
    W taki sposób na ponad trzy lata zostałem bezrobotnym. W związku z tym, że otrzymywałem dietę radnego (stąd nie musiałem być przykładowo akwizytorem) moja sytuacja finansowa, nie może być porównywana z losem bezrobotnego, który nie ma nic. Ale mogę zapewnić, że poznałem przynajmniej co znaczy stawać co miesiąc w kolejce w Urzędzie Pracy na Sienkiewicza. To podłe uczucie.
    W 2002 roku trafiłem do pracy w  Podlaskim Urzędzie Wojewódzkim. Niezależnie od zdecydowanej poprawy sytuacji finansowej rodziny, ten fakt mił  niemniejsze znaczenie psychologiczne. Praca bowiem to nie tylko pieniądze - praca daje poczucie, że człowiek porusza się po jakichś życiowych "szynach", ma cel i obowiązki. Rozumiem sytuację bezrobotnych. Niemniej głównym moim marzeniem jest pójść na emryturę. Ze współczesności już się wypisałem. Nie rozumiem obowiązujących norm, są kompletnym zaprzeczeniem moich ideałów. Ale jeśli młodym to się podoba, to "zgredem donkiszotem" nie zamierzam być. Mam co robić z czasem, jedyny problem, że mam go za mało. W pracy mogą mnie zastąpic setki ludzi, w realizacji tego co zamierzyłem nikt. 


Najbliższa rodzina

   Moja żona Elżbieta z domu Gwozdek to koleżanka z ogólniaka. Ale nie była wtedy moją miłością. Pobraliśmy się w 1972 roku. Bardziej z mojego "wyrachowania", aby się ustatkować. Do Eli było najbliżej, mieszkała po sąsiedzku na Żabiej, ja na Proletariackiej. Miłość przyszła z czasem, choć bywa, że czasem "jarzy", lecz przecież przeżyliśmy ze sobą 30 lat.
    Ela jest teraz na wcześniejszej emeryturze, w wyniku reorganizacji szpitala. Przez całe życie była laborantką. Jest towarzyska, daje się lubić.  W rodzinie decyduje, trzyma kasę, jest też mechanikiem, elektrykiem, ma złote ręce. Ja technicznie jestem "noga". Mamy szereg wspólnych zainteresowań i nałogów.  Przywykliśmy do siebie jak konie w zaprzęgu.
    Mamy dwie córki. Starsza Urszula podobno "poszła we mnie" (nie wiem czy to dobrze). Od dzieciństwa ambitna - podwójny magister prawa i politologi, oba studiowała równocześnie. Pracuje w hipermarkecie. Mężatka, wyszła za mąż za Piotra. 22 kwietnia 2008 roku urodził się mój wnuk Jakub Piotr.
    Młodsza Małgosia studiować nie chciała jest technikiem farmacji, pracuje w aptece, a przede wszystkim zajmuje się psami swoimi i sekretarzuje (widać to sekretarzowanie jest genetyczne) w Podlaskim Oddziale Związku Kynologicznego. Szczęsliwie po matce ma złote ręce do wszystkiego za co się weźmie. Przez Małgorzatę dokładnie pamiętam, kiedy był największy światowy kryzys naftowy - 20 stycznia 1974. Pamiętam dlatego, że oburzeni podwyżką cen benzyny taksówkarze nie wyjechali na miasto. Udało mi się groźbą uprowadzić przypadkową prywatną "Warszawę" i dowieźć rodzącą żonę do szpitala. Jak wróciłem do domu dowiedziałem się, że mam drugą córkę.
    Jestem samokrytyczny. Nie jestem najlepszym ojcem. Nie nauczyłem ich "życia". Za mało poświęciłem czasu. Przeze mnie były narażane na doświadczenia większości ich rówieśników nieznane, przykładowo przeszukiwanie w trakcie rewizji szkolnych tornistrów przez SB - ków w poszukiwaniu domniemanej bibuły ojca, składanie stosów nielegalnych biuletynów. Niekiedy odnoszę wrażenie, że mają więcej zasług w obalaniu "komuny" niż wielu "antykomunistów" najświeższego chowu.

Rodzina Jamiołkowskich


    Od niemal trzydziestu lata mieszkamy w tym samym miejscu , na Warszawskiej. Piasta to bardzo fajna dzielnica, najlepsza z wszystkich w naszym mieście.
    Matki żony nie pamiętam, bo zmarła przed naszym małżeństwem. Ojciec zaś - Zdzisław Gwozdek (też zmarł, choć niedawno) to postać bardzo ciekawa. Żołnierz AK, wywieziony na roboty do Niemiec (w Getyndze na świat przyszła moja żona), jak go tylko pamiętam, żył jedną pasją - dokumentowaniem historii okręgu białostockiego AK. Jak twierdzi ksiądz Kazio Litwiejko mój teść dokonał gigantycznej roboty przekopując wszystkie możliwe archiwa. Nikt takiego zbioru ponoć nie ma.
    Za życia wydał trzy tomy, do których "ostro" dołożył własnych pieniędzy (kto czyta prawdziwe opracowania historyczne / - a dla teścia liczyły się jedynie udokumentowane fakty, a nie konfabulacyjne wspomnienia samozwańczych "bohaterów"). Do wydania pozostały jeszcze cztery tomy. Testamentalnie zapisał swoje zbiory córkom. Nasze mieszkanie długo wyglądało jak archiwum, wszystkie ściany to szafy i regały. Swoich bowiem mieliśmy niemniej. Kilka lat temu zbiory zostały przekazane białostockiemu oddziałowi IPN.
    Po śmierci mojej matki najbliższym z Jamiołkowskich pozostał mój młodszy brat Marek. Choć zdaniem matki nie poszedł on w odróżnieniu ode mnie w Jamiołkowskich ale Andruków. Jest solidny, zrównoważony, uporządkowany. Zawsze mogę na niego liczyć. Wie wszystko o rodzinie, o wszystkich krewnych, z którymi jest w stałym kontakcie. Nie wdepnął aktywnie w "Solidarność" tylko dlatego, że niemal proroczo przewidział, że jak jednego posadzą, to ktoś rodziną musi się zaopiekować. Inżynier elektryk niemal całe życie związany z Biazetem.
    Danka - jego żona to również elektryk. Razem studiowali. Pochodzi z patriotycznej rodziny Ostaszewskich, rodziny po przejściach - zesłaniu na Sybir. Lubi chodzić po górach. Podobnie jak ich syn, a mój chrześniak,  Wojtek.
    Od  końca sierpnia 2008 jestem na emeryturze.
    I to by było na tyle - i tak przydługiej - podróży sentymentalnej w przeszłość. Miałem wiele obiekcji czy o tym pisać - uznałem jednak, po pierwsze, że zapis historii rodziny to swoisty obowiązek i jeśli już to zrobiłem to czemu tego nie przedstawić, a po drugie - w kilku przypadkach otarłem się o historię i może to być komuś ciekawe. Może to było wspólne uczestnictwo w historii?
 
 Zapis z  września 2008
[strona główna] | [o mnie] | [z rady] | [korzenie] | [o psach] | [poczta]